Ale choroba ta zmieniła wiele w moim życiu.
Najszybciej i najmocniej ucierpiały przez nią włosy, a w zasadzie przez pierwsze próby jej uleczenia.
Ale...od początku ;)
Jeszcze nie tak dawno cieszyłam się pięknymi, grubymi włosami, które zdecydowanie miały tendencje do falowania. Nie musiałam się zbytnio nimi martwić. Od zwykła pielęgnacja, choć nie ukrywam, że włosami zajmować się uwielbiałam zawsze. Wystarczyło im mycie dwa razy w tygodniu, nie wypadały zbytnio, ogólnie były w niezłej kondycji, a jedyne co im było to efekty mojej wcześniejszej mani farbowania ;) były na nich chyba wszystkie kolory swojego czasu ;)
![]() |
| Tak wyglądały naturalnie gdy same wyschły (nie zwracac uwagi na tło :P) |
A mimo tych eksperymentów włosowych były na prawdę w dobrej kondycji. Standardowa pielęgnacja to był szampon najlepiej dla dzieci, maska najczęściej, któraś z Kalosa, a jak się spieszyłam to odżywka. Jaka była pod ręką. Plus olejowanie raz na dwa tygodnie.
I nagle nadszedł kryzys. Pierwszy miesiąc brania leków, a ja nie mam połowy włosów na głowie, muszę je myć codziennie, bo wyglądam jakbym się tydzień nie myła i moja pielęgnacja stara i sprawdzona nie daje już rady. O olejowaniu nie ma nawet mowy, wtedy włosy muszę myć 4-5 razy aby wyglądały ok.
Wiedziałam, że to musi być od leków. Zresztą nie tylko włosy ucierpiały (ale o tym w kolejnych wpisach). Po konsultacjach z lekarzami ustaliliśmy zmianę leku. Ale szkody już powstały.
![]() |
| tuż po wizycie u fryzjera |
Włosy poszły pod nożyczki. Straciłam dobre 30 cm włosów. Dalej myje je codziennie, choć jeśli mogę tylko daje im przerwę i jeden dzień je przetrzymam. Dalej wypadają, dalej swędzi mnie niemiłosiernie skóra głowy. Ale wiem, że mogę z tym już teraz zawalczyć. I właśnie o tej walce, o tym dążeniu do idealnych dla mnie włosów będzie głownie ten blog ;)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz